Środa, 26 Kwietnia 2017 | Imieniny: Marii, Marzeny, Ryszarda | Pogoda: 8°C, 1011 hPa, wiatr 4.8 km/h    | zobacz prognozę » ch24 na komórkę
Strona głównaInterwencje
Rozmiar tekstu: A A
Tekst i fot. Sabina Budkiewicz

Moja sentymentalna podróż

Moja pierwsza wyprawa na Półwysep Skandynawski miała miejsce w sierpniu 1991 r. Była o tyle nietypowa, że zaczynała się w Kopenhadze, a środek lokomocji stanowiła - pochodząca z lat 60. - włoska Lambretta.

Ten mały pojazd, obciążony dwoma osobami (ja i przyjaciel) oraz sprzętem turystycznym, miał dowieźć nas do schroniska Spiterstulen, skąd zamierzaliśmy rozpocząć pieszą wędrówkę na pokryty wiecznymi śniegami wierzchołek najwyższego szczytu Norwegii – Galdhøpiggen (2468 metrów n.p.m.).
Lambretta sprawowała się doskonale aż do okolic norweskiego miasteczka Otta, gdzie niestety odmówiła posłuszeństwa (hamulce) i wylądowała - dzięki pomocy drogowej - w serwisie…Toyoty. Przy okazji dodam, że wzbudziła tam duże zainteresowanie i wręcz zaproponowano nam jej sprzedaż. Oczywiście nie zgodziliśmy się. Ponieważ sprowadzenie części z Włoch miało trwać ok. 10 dni (sic!) postanowiliśmy zostawić ją w serwisie i wracać pociągiem ekspresowym: Trondheim-Oslo-Kopenhaga. Po naprawioną już Lambrettę mój przyjaciel wybrał się do Otty dwa tygodnie później.
Ta niedokończona wyprawa przez prawie 20 lat wzbudzała we mnie ogromną tęsknotę za Półwyspem Skandynawskim i jego dziką przyrodą. Zwłaszcza, że podróż Lambrettą po doskonałej jakości drogach, noclegi pod namiotem na bezludnych terenach lub już wtedy „wypasionych” campingach, niezwykła życzliwość Norwegów oraz bajeczne wręcz widoki – to wszystko stanowiło wspomnienia warte powrotów w te same miejsca i nie tylko.
W międzyczasie zobaczyłam różne morza, oceany, góry, cuda architektury, etc., a nawet przez kilka miesięcy mieszkałam w południowej Szwecji – ale wciąż brakowało mi tych miejsc, które do dziś są dla przeciętnego Polaka ziemią egzotyczną i mało znaną, choć niezbyt odległą. Aż dziw bierze jak mało wiemy o mieszkańcach Skandynawii, ich dziejach, kulturze i obyczajach. I na odwrót – trzeba przyznać, że Polska też jest dla większości mieszkańców Skandynawii w dalszym ciągu krajem, o którym wiedzą stosunkowo niewiele. Jednak ostatnie lata sprawiły, że odległości zmalały, a dawne bariery dzielące narody i społeczeństwa z roku na rok kruszeją. Dzięki temu część tegorocznego urlopu mogłam spędzić w miejscach, za którymi przez wiele lat tęskniłam i które zawsze kojarzyły mi się z… wolnością.

Reklama | Czytaj dalej »

KOŁO POLARNE

Zamiast wylegiwać się gdzieś na gorącej plaży postanowiłam więc wybrać się za koło polarne. Linie koła polarnego wyznaczają globusy. Ażeby tam dotrzeć, przejechałam m.in. trasę Ystad, Goeteborg, Oslo, Lillehammer, Trondheim. Ten odcinek podróży nie był dla mnie jakoś szczególnie interesujący, ponieważ wszystko to, co na tej trasie warto zobaczyć poznałam już wcześniej. Może jedynie droga, prowadząca wzdłuż jeziora Mjøsa do miasteczko Otta, w którego okolicach 19 lat temu zakończyłam swoją pierwszą podróż w Góry Skandynawskie sprawiła, że poczułam dreszczyk emocji. Tym większy, kiedy za miejscowością Dombås krajobraz zmienił się w niemalże księżycowy – niczym tundra. Zrozumiałam wtedy, że jestem na właściwej drodze do spełnienia marzeń. W niewielkiej odległości za Trondheim pierwszą atrakcją był przejazd pod górami - tunelem o długości 8568 m. Po drodze ważne dla turystów miasto Mo i Rana – dobra baza wypadowa. Kolejna atrakcja to przepiękna zielona dolina Dunderlandsdalen, prowadząca w kierunku lodowca Svartisen, drugiego co do wielkości w Norwegii. Znajduje się on w Parku Narodowym Saltfjellet-Svartisen, rozciągającym się wzdłuż koła podbiegunowego. Żeby dostać się na lodowiec, trzeba przepłynąć łodzią po jeziorze Svartisvatnet. Niestety jezioro było jeszcze zamarznięte i lodowiec okazał się nieosiągalny.
Dalsza droga w kierunku koła polarnego ozdobiona jest brzozami wygiętymi w łuk od ciężaru śniegu, którego teraz już nie ma. Krajobraz wciąż tundrowy. Nastrój pustkowia tundry jeszcze bardziej podkreśla biegnąca po otwartym terenie linia kolejowa, dla której w pewnym miejscu zbudowano nawet specjalny tunel, aby zimą pociąg mógł przejechać pod zaspą. Droga i linia kolejowa przecinają krąg polarny koło uroczej stacyjki Stødi. Pustkowia północnej tundry wprawiają mnie w nostalgiczny nastrój.
Lecz oto zbliżam się już do koła polarnego. Na bezludnym terenie, w umownym miejscu, wyrasta nagle Centrum Koła Polarnego (Polarsirkelsenteret) – budynek wypełniony turystycznym kiczem – znak, że przekracza się koło polarne. Przed budynkiem, który i owszem – charakteryzuje się unikalną architekturą, znajdują się dwa kamienne pomniki, upamiętniające jugosłowiańskich i rosyjskich jeńców wojennych, którzy podczas II wojny światowej na rozkaz Niemców budowali prowadzącą do Narwiku drogę Nordlandsbanen. Przekroczenie koła polarnego nie zrobiło na mnie – niestety - większego wrażenia.   
Zjeżdżam z głównej trasy na Saltstraumen. Jest to sławne miejsce do nurkowania, a także znane z obfitości ryb. W tym miejscu znajduje się najsilniejszy na świecie prąd morski. Co 6 godzin 400 milionów metrów sześciennych wody wdziera się z prędkością 20 węzłów  (40 km/h) do cieśniny o szerokości 150 m i głębokości 3 km. To niesamowite zjawisko oglądam z mostu. Jestem tu w apogeum cyklu – godz. 13.30. Miliony ton wody przelewa się przez wąskie gardło cieśniny. Ptaki i wędkarze mają teraz swoje 5 minut na połów ryb, które tracą orientację i stają się łatwym łupem, zwłaszcza dla ptaków.  Różnica poziomów wody wynosi kilka metrów pomiędzy wirami. Z poziomu mostu robię parę zdjęć, które niestety nie oddają prawdziwego obrazu tego zjawiska.
Kolejny przystanek, to miasteczko Fauske, które słynie z wydobywanego tu różowego marmuru – tzw. norweskiej róży. Ratusz i główne ulice miasta wyłożone są tym marmurem. Pogoda mi sprzyja – wciąż świeci słońce i jest ciepło. Aż trudno uwierzyć, że znajduję się tak daleko na północy. Ta część Norwegii, w odróżnieniu od najbardziej popularnych fiordów (okolice Bergen), jest stosunkowo rzadko odwiedzana przez turystów z Polski, choć krajobraz przypomina tu fiordy Norwegii zachodniej. Główną przyczyną są znaczne odległości, przekładające się na czas podróży i jej koszty. Jednak kierunek ten wart jest wszelkich wyrzeczeń: wrażenia przywiezione zza koła polarnego są niezapomniane. Droga wije się serpentynami wśród gór i wybrzeży licznych fiordów oraz jezior. Zatrzymuję się na górze Krakmo (924 m.n.p.), skąd rozciąga się oszałamiający widok, m.in. na jezioro, które 5000 lat temu powstało dzięki odcięciu fiordu przez góry. U stóp Krakmo znajduje się farma, gdzie przez długie lata żył i tworzył wybitny powieściopisarz Knut Hamsun. Niestety pod koniec życia ten laureat nagrody Nobla stał się fanatycznym zwolennikiem hitleryzmu. Po wojnie 86-letniego pisarza ukarano więc za zdradę… wysoką grzywną.
Kolejny dzień podróży kończę, a może zaczynam, noclegiem w hotelu nad fiordem o swojsko brzmiącej nazwie: Tysfjord. Ponieważ trwają „białe noce” i słońce świeci tu na okrągło, zaciera się poczucie czasu – trudno zauważyć, kiedy kończy się i zaczyna dzień.  Ale jedno wiem na pewno: jutro przede mną zaczarowane Lofoty.
Słońce świeciło całą noc i świeci nadal. Jadę do terminalu promowego, skąd przepływam statkiem w poprzek Vestfjoru na archipelag wysp Vesterålen, a konkretnie do Lødingen, leżącego na wyspie Hinnøya. Docieram tu o 10.30 - rejs trwał ok. 1h. Z Lødingen trasa wiedzie do skrzyżowania prowadzącego na nową drogę na Lofoty (E10). Dotychczas jechałam drogą E6. Przejeżdżam system tuneli, następnie most Austerstraumen (196 m) i … jestem na Lofotach!!!


LOFOTY

Lofoty to jedno z najcudowniejszych miejsc Norwegii. Położone w północnej części tego kraju stanowią niezwykle malowniczy archipelag górzystych wysp, z których największe to: Austvågøy, Vestvågøy, Gimsøy, Flakstadøy i Moskenesøy. Archipelag oddzielony jest od lądu stałego cieśniną Vestfjord i połączone jedną, licząca 170 km drogą. Za nimi bardziej wysunięte w morze są jeszcze dwie mniejsze wyspy: Værøy i Røst. Gładkie i wysokie skały (ok. 1000 - 1200 m wysokości), zbudowane z granitów i sjenitów, niemal pionowo wyrastają z krystalicznie czystych, turkusowych wód. Kolor tych wód oraz drobny biały piasek plaż można porównać do widoku Karaibów. Brakuje tylko palm i wyższej temperatury. Natomiast ostre granie Lofotów (tzw. „ściana lofocka”) przypominają pejzaż alpejski, choć wynurzają się z Morza Norweskiego. Cały archipelag to 1226 km kwadratowych powierzchni, a mieszka na nim zaledwie ok. 24,5 tys. mieszkańców. Ludność zajmuje się głównie rybołówstwem i obsługą turystów. Klimat jest tu bardzo łagodny – zimą 2-3 stopnie poniżej zera, choć śniegu sporo. Natomiast latem 13-14 st. C.
W średniowiecznej Europie Lofoty były jednym z najbardziej rozwiniętych regionów. Tutejsi mieszkańcy bogacili się głównie na połowach dorsza. W osadzie Borg - w 1982 r. - pewien rolnik przypadkowo wykopał siedzibę wodza Wikingów – prawdopodobnie najbogatszego. Jego chata ma kształt odwróconej łodzi Wikingów, o długości ok. 80 m i została zrekonstruowana przez archeologów i cieśli. Kryta jest gontem i prowadzą do niej cztery pary drzwi. W środku jest podzielona na 4 sale. W dwóch pierwszych można obejrzeć przedmioty, którymi na co dzień posługiwali się i otaczali Wikingowie. Dwie następne to typowe pomieszczenia muzealne (szczątki wykopalisk).
Lofoty do niedawna (3 lata temu) były odcięte od świata. Można było dostać się na nie wyłącznie promem. Dziś można na nie dotrzeć nową drogą (E10). Pomiędzy wyspami można poruszać się nie tylko dzięki połączeniom promowym, ale także dzięki wspomnianej już drodze oraz licznym mostom i tunelom. Dla Norwegów wyspy te są najbardziej wymarzonym miejscem wakacji w kraju.
Trudno jest opisać coś, co zatyka dech w piersiach mocą swojego piękna. Lofoty to niewątpliwie jeden z cudów natury, z małymi acz urokliwymi miejscowościami, czasem prześwietlonymi słońcem, innym zaś razem osnutymi mgłą. Wrażenia Lofotów w dużej mierze zależą od pogody, bo to właśnie światło nadaje charakter temu dziewiczemu archipelagowi.
Warto wiedzieć, że malowniczy archipelag Lofotów odwiedzali artyści i pisarze poszukujący motywów do swojej twórczości. Podróżowali tu m.in. Allan Edgar Poe i Juliusz Verne. Natomiast norwescy i szwedzcy artyści założyli na wyspach wspólny dom pracy twórczej w Svolvær, największym mieście na Lofotach – ok. 5 tysięcy mieszkańców. Na jednym z campingów, który mijam w drodze do Svolvær, łopoce polska flaga. Temperatura 18 st. C! – rozkoszuję się zarówno ciepłem, jak i wspaniałymi widokami. Zwiedzam miasteczko i robię parę fajnych fotek. Podziwiam też widok na skałę zwaną: Kozica ze Svolvær.
Ze Svolvær zmierzam do niezwykle urokliwej wioski rybackiej Henningsvaer, która leży na małej wysepce, w kolorowej zatoce. Znajdują się tu potężne, od dawna istniejące suszarnie tzw. sztokfisza. Te stare tradycje wiążą się z odwiecznymi połowami dorsza, które od niepamiętnych czasów płyną co roku ławicami z Morza Barentsa na płycizny lofockie, by dokonać tarła. Już starodawne sagi opisywały rybaków lofockich. Sztokfisze to bardzo twarde, wysuszone dorsze, które trzeba przez kilka dni moczyć, by nadawały się do spożycia. Suszy się je na powietrzu, po zimie. Nawet jedna noc z przymrozkami może zniszczyć cały połów. Trzeba więc przewidzieć dni bez mrozu i zdążyć wysuszyć rybę. Tak wysuszona ryba traci 80 % wagi i ma 5-krotnie większą wartość odżywczą niż ryba świeża. W ten sam sposób próbowano suszyć ryby w innych krajach, jednak nigdzie nie udało się to tak, jak na Lofotach. Ostatnich prób zaprzestała w latach 90. Islandia. Tajemnica tkwi w powietrzu, które nie może być za suche, za to relatywnie chłodne, a zarazem na tyle ciepłe, by mięso nie zamarzało. Oprócz dorsza na Lofotach suszy się też inne ryby. Można z nich ugotować zupę rybną oraz wyprodukować nawet chipsy, które doskonale smakują z piwem (sic!). Jednak niezbyt sympatyczny zapach tych chipsów nie pozwolił mi zabrać ich do kraju, cały bagaż byłby nim przesiąknięty! Na Lofotach produkuje się także tran. Natomiast w restauracjach podaje się języki dorsza zapiekane w panierce. Do pozyskiwania tych języków tradycyjnie już zatrudnia się dzieci. Płaci się im za sztukę.         
Śnieżnobiałe jachty zacumowane w Henningsvaer na tle charakterystycznych czerwonych rorbuer (domki rybackie na palach), skąpane w słońcu dalekiej północy, to widok zwany przez niektórych „Wenecją Północy”. I tu ciekawostka: w tej wsi spotykam zacumowany polski jacht „Panorama”, z młodymi ludźmi na pokładzie, którzy odpoczywają po długim rejsie rozkoszując się ciepłym słonecznym powietrzem.
Z Henningsvaer docieram do miejsca pierwszego noclegu na Lofotach - miasteczka Leknes. Po krótkim odpoczynku wyjeżdżam na kolejne wyspy Lofotów. Jadę w kierunku wyspy Moskenessøya.  Po drodze zatrzymuję się w miejscowości Ramberg, słynącej z najładniejszych lofockich plaż. Turkusowa woda, biały piasek, widnokrąg zamykający postrzępione szczyty gór – widok wręcz bajeczny. Nieliczne chmury coraz bardziej nasiąkają intensywnym światłem. Milczenie - nawet w gronie przyjaciół - jest w tym momencie najlepszą reakcją na otaczające krajobrazy. Przypominają one raj północy. Wyobrażam sobie, że tak właśnie mógł wyglądać raj, gdyby Bóg rozpoczął stwarzanie go od tego strzępku Norwegii. Piaszczysta plaża w Ramberg - nad otwartym Oceanem Atlantyckim – cudowna! Wciąż ciepło (14 stopni) i wspaniałe słońce! Przez chwilę zapominam, że znajduję się za kołem polarnym. Z żalem opuszczam to miejsce, zostawiając na piasku plaży napis: „tu byłam”. W wiosce Vikten podziwiam fantazyjne szklane rzeźby, które znajdują się w galerii Glasshytta.  Następnie mostem o nazwie Kakenbrua wjeżdżam na ostatnią dużą wyspę Lofotów: Moskenesøya i kieruję się do wioski o wdzięcznej nazwie Å (czytaj „O”). Tunel prowadzi na parking i… kończy się droga E10! – to już koniec Norwegii!!
„Lofoty od A do Å” – tak brzmi hasło miejscowych ośrodków informacji turystycznej. Zwiedzam znajdujące się tu Muzeum Sztokfisza i Muzeum Norweskich Wiosek Rybackich. Ta wieś to właściwie żywy skansen – zachowały się tu bowiem niemal w idealnym stanie XIX-wieczne zabudowania. Ponadto podziwiam naprawdę zapierające dech w piersiach krajobrazy. Tutejsze trasy, zwłaszcza pieszych wędrówek, należą do najpiękniejszych w Norwegii.  Stąd również można odbyć rejs do groźnego prądu morskiego Moskenesstraumen, opisanego przez A. E. Poe w noweli: "Rękopis znaleziony w butli" i J. Verne, który opisał go w końcowych partiach powieści: "20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi". Godzina jest zbyt późna, by decydować się na taki rejs. Wracam do Leknes, by przespać choć część kolejnej białej nocy.
Następnego dnia przed wyjazdem z hotelu sprawdzam w internecie, co dzieje się w Polsce. Powódź, burze, etc. - a tu pogoda cudowna – 15 stopni ciepła! Jadę w stronę Narwiku.
Narwik to miasto związane z wydarzeniami II wojny światowej. Polacy walczyli tu o półwysep Ankenes. Na terenie miasta jest cmentarz, m.in. marynarzy okrętu Grom. W obronie Narwiku brała też udział Samodzielna Brygada Podhalańska. Przejeżdżam tunelem Leirvik pamiętającym czasy sprzed wojny i należącym do najstarszych w Norwegii. Z Narwiku trasa widokowa przez pewien czas biegnie z dala od fiordów. Jednak niezbyt długo, bo oto znów przejeżdżam mostem przez fiord Rombaken. Na jednym z postojów – już na drodze E6 – podziwiam piękne zielone lasy brzozowe i góry pokryte resztkami śniegu. Ponieważ takie górskie klimaty to moja miłość, z żalem żegnam wybrzeże fiordu Rombaken.
Do Nordkappu już tylko ok. 800 km. Mijane po drodze liczne jeziora są jeszcze pokryte lodem, a wśród skarłowaciałych brzózek można dostrzec spartańskie dacze Norwegów, często nawet bez prądu. Po raz pierwszy zaczyna padać deszcz. A tak naprawdę pada, a raczej prószy przez 5 minut. Mijam Gratangen – fiord i wieś o tej samej nazwie. Nad fiordem pięknie położony hotel z widokiem na jego wody. Krajobraz znów zbliżony do tundry. Jeziora wciąż całkowicie zamarznięte i pokryte śniegiem. Po drodze zatrzymuję się przy wodospadzie zasilanym przez lodowiec. Płynie on przez cały rok, czasem zamarza. To wodospad całoroczny, bo są też okresowe.
I oto zbliżam się do krainy Saamów.

SAAMOWIE

Saamowie są najbardziej pierwotną ludnością Skandynawii. Ich kultura jest dość dokładnie poznana. Przejeżdżam przez przełęcz, gdzie można spotkać ich szałasy nazywane lawu. Trudnili się hodowlą reniferów, myślistwem i połowem ryb nad wybrzeżem. Prawdopodobnie przybyli tu w pogoni za zwierzyną z terenów wschodnich, m.in. Rosji. Zasiedlili tereny Półwyspu Skandynawskiego ok. 2000 lat temu. Hodowali renifery na mięso dla Wikingów. Ponadto skóry do ocieplania swoich lawu. Przez wieki byli ludem koczowniczym. Swoje lawu Saamowie przenosili więc z miejsca na miejsce. Zostawiali tylko konstrukcje drewniane. Bardziej solidnie budowane szałasy, tzw. kota, były zaczątkiem stałych budowli. Później pojawiły się też ziemianki pokryte torfem. Dziś współcześni pasterze saamscy mieszkają w namiotach typu „tipi”, gdzie materiałem na ściany nie są już reniferowe skóry lecz nowoczesne, lekkie i wodoodporne tkaniny. Tradycyjne saamskie chaty i namioty można obejrzeć w Parku Sapmi. W głównym budynku muzeum króluje oczywiście sklep pamiątkarski, pełen na ogół kiczowatych „suwenirów”. Ale szczególną uwagę zwraca biżuteria, wytwarzana w warsztacie znajdującym się na terenie sklepu. Częstym motywem powtarzającym się wśród pamiątek jest flaga lapońska. Przedstawia okrąg, który ma symbolizować bęben szamański, a kolory pionowych pasów odpowiadają barwom żywiołów – niebieski, żółty, zielony i czerwony, to odpowiednio: woda, słońce, ziemia i ogień. Inna wersja głosi, że czerwono-niebieskie koło symbolizuje dzień i noc polarną, a żółto-zielone pasy wędrówkę słońca po horyzoncie. Nie ukrywam, że ta druga wersja bardziej mi odpowiada. Flagę oczywiście kupiłam.  
Saamowie nie mają w swoim języku słowa określającego wojnę czy walkę. Całe życie walczyli tylko z przyrodą - o przetrwanie. Dlatego Wikingowie łatwo mogli ich sobie podporządkować. Przez wieki język Saamów zmieniał się i można go zaliczyć do grupy języków ugrofińskich. W wieku XVIII – XIX Saamowie na północy chcieli również mieć możliwość korzystania z przywilejów Finów, Szwedów i Norwegów. Odchodzili od swojej kultury. Na szczęście w XX wieku, zwłaszcza po II wojnie, stworzono im autonomię, niezależnie od granic politycznych. Mają swoje szkoły, radio, czasopisma, parlament lapoński (Sάmediggi – parlament ludu Saami) – organ doradczy parlamentu norweskiego - i jako mniejszość narodowa są poważnie traktowani.
Po katastrofie w Czarnobylu Saamowie musieli zlikwidować ok. 90 % reniferów. Wtedy wpadli na pomysł, by zająć się turystyką. I choć stada reniferów z czasem odbudowano – turystyka została ich głównym zajęciem.
I tu ciekawostka: młodzież Saamów napisała kiedyś e-maila do FIFA, że chce mieć własny związek piłki nożnej. Dostali odpowiedź, że nie mogą, bo nie mają własnej ligi piłkarskiej. Saamowie uznali, że to wybieg, bo rozumując w ten sposób Brazylia też nie mogłaby mieć własnego związku, gdyż nie posiada ligi piłkarskiej. Tak więc Saamowie uparli się, no i mają swoją reprezentację. Grają też w lidze norweskiej i szwedzkiej.
Stolicą norweskiej części Laponii jest Karasjok – znaczy to po lapońsku: tam gdzie łączą się dwie rzeki. Duża część Saamów zamieszkuje Norwegię i Szwecję, a ponadto mieszkają w Finlandii i Rosji. Są stosunkowo niskiego wzrostu, mają ciemne włosy i rysy azjatyckie. Wg starego przedwojennego przewodnika Saamowie dodatkowo mieli „szprotawo wygięte nogi oraz pochwę ze skóry renifera” (sic! – pisownia oryginalna). Dziś trudno zaobserwować typowe rysy Saamów. Zostali oni silnie zasymilowani z populacjami krajów Skandynawskich i trudno zgadnąć, kto jest Saamem, a kto się tylko pod tę narodowość podszywa. W Karasjok i okolicy około 90 % ludności deklaruje swą przynależność do grupy etnicznej Saamów. Dlatego nazwy podawane tu są w wersji dwujęzycznej, a w szkołach dzieci uczą się lokalnej odmiany języka saamskiego.     
Jadę dalej drogą E6, która w tym miejscu nazywa się drogą „zorzy polarnej” – Nordlysvegen. Na niebie niewielkie chmurki, po prawej potężne góry, czarne, pokryte na szczytach śniegiem. Góry nazywają się tak samo jak fiord: Lyngen. Liczą sobie 1500-1600 m wysokości. Przedstawiają typowo alpejski krajobraz. Jest wśród nich góra Otetind (1360 m), zwana z uwagi na spiczastą sylwetkę „norweskim Matterhornem”. Objeżdżam Lyngefjord – długość 120 km. Trzeba objechać go dookoła, bo tak prowadzi droga. Lyngefjord to jeden z największych fiordów Norwegii. U jego wybrzeża znajduje się duży camping dla przyczep, samochodów i kamperów. Dolina, którą jadę kiedyś była częścią fiordu. W pewnym miejscu, po lewej stronie drogi leży okazały kamień z oryginalnym graffiti – ulubione miejsce turystów, na którym zostawiają tu swój ślad. Kamień ten został uznany za dzieło sztuki. Ponieważ znów zaczął padać deszcz, ja swojego śladu nie zostawiłam. Zabrałam natomiast kamień z wybrzeża fiordu. Świeci tak, jakby zawierał złoto. Ponadto w wiosce Skibotn zrobiłam zdjęcia jęzora lodowca.
Jadę teraz w kierunku miasteczka Alta, w którego okolicy będę nocowała. Nadal pada dość solidny deszcz, a niebo wciąż jest pokryte szarymi chmurami. Na parkingu w Oldendalen zjadłam pierwszego i chyba ostatniego w życiu hot-doga. To ohydztwo – zwłaszcza bułka – kosztowało mnie 35 koron norweskich, czyli ok. 18 PLN. Postanowiłam więc sfotografować jego reklamę przed miejscowym sklepikiem – ku pamięci i przestrodze!
Kolejny odcinek podróży to górzysta droga wzdłuż Reisafjord i Kvænangenfjord – deszcz wciąż pada. Ze względu na wysokość znika roślinność. Krajobraz znów przypomina tundrę. Lecz oto nagle deszcz przestaje padać i zaczyna świecić słoneczko, a moim oczom ukazuje się widok wyspy na fiordzie, ze słodkim jeziorem w samym jej środku. Widok ten jest tak niesamowity, że zapiera dech w piersiach! Żałuję, że nie mam lornetki i lepszego aparatu fotograficznego. To nauczka na przyszłość!
Na tej samej trasie można też zobaczyć ziemianki zbudowane z torfu, ziemi, drewna i mchu. Tak jeszcze w XIX wieku mieszkali Saamowie.
Do Alty już tylko 99 km. Po drodze sporo spartańskich daczy Norwegów przyozdobionych masztem, na którym powiewa proporzec norweski (flaga). Manifestuje on święta narodowe i święta rodzinne. Norwegowie w ten sposób okazują swoją radość, że np. są na urlopie lub że coś dobrego dzieje się w ich rodzinie. Podobno jak przyjeżdża teściowa, to opuszczają flagę do połowy masztu.
Miasteczko Alta liczy sobie ok. 17 tysięcy mieszkańców i rozciąga się na trasie 20 km. Klimat jest tu łagodny, choć do Nordkappu już tylko 240 km. Jest to miejscowość leżąca w najbardziej na północ położonej prowincji Norwegii – Finnmark. Jeszcze do niedawna mieszkało tu podobno 5 Polaków – 4 cywili i jeden ksiądz. Teraz to się zmieniło, gdy odkryto duże złoża gazu, bo szereg inwestycji budowali m.in. Polacy. W okolicy miasta można podziwiać naskalne malowidła sprzed 6 tysięcy lat! W 1985 r. zostały one wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pomagają lepiej poznać i zrozumieć otoczenie oraz działalność ludzką na krańcach dalekiej Północy w czasach prehistorycznych.
Ciekawostką przy wjeździe na tamę na rzece Alta (wpada do Altafjordu) jest żółta tablica z informacją, czy droga przez Wyżynę Lapońską jest otwarta, bo zimą może być zamknięta. Mnie spotkał tylko napis: „Uwaga na renifery!” (ha, ha, ha !). Zdążyłam już zauważyć, że to właśnie one są tu gospodarzami, mogą chodzić jak chcą i gdzie chcą – nawet środkiem drogi. Renifery w Skandynawii są zwierzętami hodowlanymi. Całe ich stada chodzą tu swobodnie i tylko kilka razy w roku są spędzane na liczenie i ubój. Jadę więc przez Wyżynę Lapońską, na której całkowicie brak drzew i roślinność jest bardzo uboga. Spotykam pojedyncze zabudowania, przy których stoją śnieżne skutery i quady (ot! znaki dzisiejszych czasów). Można tu też spotkać drewniane zagrody służące do spędu reniferów.
Dziś nocuję nad Oceanem Arktycznym. Stąd wspaniały widok na Morze Barentsa. Wieś Redbok, w której nocuję liczy sobie ok. 40 mieszkańców. Wszyscy pracują przy obsłudze turystów, czyli prowadzą jedyny tu niewielki hotelik. Kiedy po wspaniałej kolacji wybieram się na spacer po okolicy nagle zatrzymuje się przy mnie samochód ze słupską rejestracją. Okazuje się, że czwórka młodych rodaków też postanowiła właśnie tu przenocować.
Następnego dnia wyjeżdżam z wioski nad Oceanem Arktycznym w kierunku Honningsvåg, miasteczka oddalonego najbardziej na północ na kontynencie europejskim. Drzewa tu już nie rosną, bo jest to region polarny, a do Nordkappu bardzo niedaleko. Wjeżdżam na drogę, która nazywa się Fatima. Prowadzi do Honningsvåg. Fatima to szybkie połączenie drogowe na wyspę Magerøya, na której leży najdalej na północ wysunięty punkt Europy – Nordkapp. Przede mną wjazd do Nordkapptunellen. Liczy on sobie 6875 m długości i przebiega 212 m pod lustrem wody. Tunel składa się z ok. 3 km zjazdu i ok. 3 km podjazdu. Dwie trzecie tunelu znajduje się pod wodą. Opłata za przejazd dla samochodu osobowego wynosi 145 koron (ok. 70 zł), a dla roweru 70 koron. Ale rowerzystom często „bramkarze” odpuszczają i nie pobierają opłaty. Kolejna ciekawostka: z tego tunelu można nawet zadzwonić z telefonu komórkowego.
Po wyjeździe z tunelu wjeżdżam na most, który prowadzi na wyspę Magerøya. Stąd do Nordkappu już tylko 45 km, a do Honningsvåg 16 km. Po drodze przejeżdżam jeszcze kolejny krótki tunel i dojeżdżam do miejscowości Sarnespollen. Stąd zimą tzw. „reniferowcami” transportowane są na stały ląd renifery. Tutaj przez 82 doby w roku nie zachodzi słońce! Najbliższy zachód słońca nastąpi ok. 30 lipca.
Wjeżdżam do Honningsvåg, które liczy sobie niespełna 3000 mieszkańców. Podobno mieszka tu od 25 lat „szalony” polski ksiądz. Jego parafia liczy sobie 49 tys. km kwadratowych. Do niektórych parafian ma ok. 500 km, a do kolegi „po fachu” nawet ok. 1000 km. Miasto Honningsvåg jest bardzo spokojne i bezpieczne. Ostatnie morderstwo podobno miało tu miejsce 40 lat temu. Porządku pilnuje 5 policjantów w całej gminie. Za miastem rozciągają się przecudne widoki na okoliczne skały i zatoki.
Opuszczam sympatyczne Honningsvåg i kieruję się w stronę plaży, którą turyści nazwali Copacabana. W jej okolicy znajduje się największy hotel nad Skipsfjorden, mający 500 miejsc. Niedaleko też znajduje się skansen lapoński. Świeci cudowne słońce. Zjeżdżam z drogi E69 do pięknie położonej wsi Kamøyvær. Znajduje się tu malutka i przytulna galeria, w której kupiłam oryginalną grafikę z motywami północnej norweskiej przyrody, tym cenniejszą, że podpisała mi ją na miejscu autorka – artystka i pisarka Eva (www.evart.no).
Kolejny zjazd na drogę prowadzącą do wioski Gjesvær. Ta wieś pamięta czasy Wikingów. Stąd  wybrałam się w rejs wokół skalistych wysp Gjesværstappan. By wyjść na pokład statku musiałam ubrać się w specjalny kombinezon (obsługa statku pomaga nawet w doborze rozmiaru!). Bardzo wiało i trochę bujało. Za to widoki znów zapierające dech w piersiach. Stada maskonurów, kormoranów, nurzyków oraz majestatyczne orły bieliki, głuptaki, mewy i rybitwy – to mieszkańcy tego rezerwatu przyrody. Można je obserwować z pokładu statku. Po raz kolejny żałowałam, że nie wzięłam lornetki i lepszego aparatu fotograficznego. Rejs wokół skał trwał 1,5 h.
Jest godz. 19.00, temperatura po raz pierwszy spadła poniżej zera - minus 2 stopnie Celsjusza. Dojeżdżam do skrzyżowania, gdzie droga pod górę prowadzi już prosto na Nordkapp. Póki co jadę do wioski Skarsvåg. Przy drodze sporo kampingów, a po lewej i prawej stronie stada reniferów. Wjeżdżam do wioski, która liczy sobie ok. 200 mieszkańców. Po prawej biały kościół luterański wraz z cmentarzem. W tym miejscu zimą znajduje się szlaban, do którego można dojechać prywatnym samochodem. Natomiast specjalnym autobusem – w konwoju – można w tym czasie dojechać raz dziennie za 700 koron norweskich czyli ok. 350 PLN (13 km) na Nordkapp.

NORDKAPP

Na Nordkappie znalazłam się tuż po godz. 20.00. Jego charakterystyczną sylwetkę, o płaskim wierzchołku i pionowo spadających w morze urwiskach tradycyjnie uważa się za skrajnie północny cypel Europy, chociaż faktycznie zaszczyt ten przypada pobliskiemu przylądkowi Nordkyn (71o 08’ 01” N), jednak znacznie mniej fotogenicznemu. Nordkapp z uwagi na swe wyjątkowe położenie geograficzne, piękną scenerię skalisto-morskiego pustkowia i słynne białe noce, które trwają tu od połowy maja do końca lipca, jest wielką atrakcją turystyczną. Ja o dziwo zastałam parkingi przed  Nordkapphallen niemalże puste. Doszłam więc do wniosku, że początek czerwca, to doskonała pora, by nie spotkać tu tłumów turystów. Powolnym więc krokiem ruszam pod słynny „globus”, żeby zrobić pamiątkową fotografię z 71o10’21”N. Po drodze staję na skraju skalnego klifu i spoglądam na rozbijające się o poszarpane skały fale, ponad 300 m niżej. Pode mną jest tylko przepaść i bezmiar wody rozlewającej się aż po arktyczny horyzont. Odnoszę niezwykłe wprost wrażenie oderwania od cywilizacji i  uświadamiam sobie, że tak naprawdę właśnie poczucie klimatu tego miejsca, z którego nie można już pójść dalej, przywiodło mnie tutaj. Mam gdzieś globus, pamiątki i całą tą skomercjalizowaną otoczkę Nordkappu! Po tych chwilach refleksji i zadumy udaję się na tyły Nordkapphallen, gdzie znajduje się siedem okrągłych płaskorzeźb zaprojektowanych przez dzieci i ustawionych tu w czerwcu 1988 r., a symbolizujących m.in. pokój, przyjaźń, nadzieję, radość i pracę. Gdy już decyduję się na zdjęcie pod słynnym globusem okazuje się, że jest on wręcz „oblepiony”, głównie… emerytami z Niemiec i Japończykami. W końcu udaje mi się pstryknąć pamiątkową fotkę i postanawiam w Nordkapphallen zwiedzić jeszcze kaplicę Św. Jana – najbardziej na północ wysuniętą kaplicę ekumeniczną oraz wystawy poświęcone historii przylądka i roli tego miejsca w czasie II wojny światowej (nie dostrzegam tu emerytów z Niemiec). U wybrzeży Nordkappu w 1943 r. flota brytyjska zatopiła niemiecki pancernik „Scharnhorst”, czyhający na konwoje idące do Murmańska.  
Zwiedzanie Nordkapphallen kończę obejrzeniem panoramicznego filmu Ivo Caprino o czterech porach roku w regionie Finnmark, gdzie leży Nordkapp. Cudowne zdjęcia i przepiękna muzyka!
A już na sam koniec, wysyłam kartkę do… siebie (sic!). Po prostu wiem, co dzieje się z kartkami wysłanymi nawet do przyjaciół – prędzej, czy później lądują w koszu. A ja na kartce z Nordkappu napisałam do siebie: „Byłam tu 10.06.2010 r. w godzinach: 20.20-0.05” – to jest jedna z moich najlepszych pamiątek z tego miejsca.
I to na tyle…  Przede mną podróż powrotna przez Finlandię i Szwecję, ale o tym może innym razem.

Zauważyłeś błąd w artykule? Napisz nam o tym

Podobne tematy:

Artykuł pochodzi z portalu www.chojnice24.pl

3 komentarze

~kasia
Skandynawia najpiękniejsza na świecie zwłaszcza Islandia
30 Sierpnia 2010, godzina 16:59
~
Piękny Krajobraz> Pozdrawiam Jan
22 Sierpnia 2010, godzina 18:57
~misia
Gratulacje dlla wszystkich zawodników !!! A szczegolnie dla Wicemistrza !!!
16 Sierpnia 2010, godzina 14:01

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Ch24.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Dodaj komentarz

Zaloguj się lub dodaj komentarz jako gość

Zalogowani użytkownicy mogą otrzymywać powiadomienia o nowych komentarzach. Zaloguj się

Zaloguj się

Pozdrowienia dodaj

0 znaków

Kursy walut

Aktualne kursy w kantorze PROMES
Kupno Sprzedaż Kupno Sprzedaż
USD USD 384.00 393.00 DKKDKK 55.80 57.30
EUREUR 419.00 426.00 RUBRUB 6.50 7.60
CHFCHF 383.00 398.00 NOKNOK 44.30 45.80
GBPGBP 491.00 500.00 SEKSEK 43.20 44.70
Aktualizacja: 2017-04-26 11:18
Kursy walut dostarcza Kantor Promes.
Kursy dla transakcji powyżej 3000 PLN
Kupno Sprzedaż Kupno Sprzedaż
USD USD 385.90 393.00 DKKDKK 56.40 57.00
EUREUR 420.70 424.20 RUBRUB 6.85 6.88
CHFCHF 386.00 396.00 NOKNOK 44.80 45.50
GBPGBP 493.60 498.50 SEKSEK 43.80 44.50
Aktualizacja: 2017-04-26 11:18
Kursy walut dostarcza Kantor Promes.

Sondaże Ch24 archiwum »

Czy jesteś za wprowadzeniem dwukadencyjności w samorządach lokalnych?




Ceny paliw2017-04-21

E95 E98 ON LPG
123 Statoil 4.63 zł 4.98 zł 4.46 zł 2.03 zł
BP 4.67 zł 5.03 zł 4.49 zł 2.04 zł
Lotos Optima 4.63 zł - 4.46 zł 2.03 zł
MZK 4.62 zł 4.82 zł 4.45 zł 2.09 zł
Orlen 4.63 zł 4.98 zł 4.46 zł 2.03 zł
PKS 4.66 zł - 4.49 zł 2.03 zł